Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Putin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Putin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Ukraińcy, zdradzono was.


Data: 18.04.2014

Źródło:

Ukraińcy, zdradzono was.
To znaczy najpierw sprzedano.
A teraz na dodatek zdradzono.

Opublikowano oficjalny tekst czterostronnego oświadczenia o rezultatach rozmów 17 kwietnia. (…) Obraz przedstawia się następująco: Putin dostał wszystko co chciał. A wygląda na to, że nawet więcej.

1. Ukraina de-facto zgodziła się na „zarządzanie zewnętrzne” – o kwestiach będących wyłącznie w gestii władz kraju, dotyczących polityki wewnętrznej, będą teraz decydować siły w stosunku do Ukrainy zewnętrzne. Czyli Zachód i Rosja. O tym, jaką postawę w stosunku do Ukrainy przyjął Zachód można sądzić na podstawie tego jak USA i Wielka Brytania wypełniają swoje zobowiązania wobec Ukrainy wynikające z Budapesztańskiego Memorandum. Jak wypełnia swoje zobowiązania wobec Ukrainy obecny rosyjski reżim objaśniać nie trzeba. Innymi słowy dane oświadczenie legalizuje de facto zewnętrzny zarząd nad Ukrainą.

2. W dokumencie brak jest żądania wyprowadzenia wojsk rosyjskich z terytorium Ukrainy, włącznie z GRU, FSB, SSO (Siły Specjalnych Operacji) i innymi. Zatem ich obecność na Ukrainie została de facto zalegalizowana.

3. Dokument w ogóle nie wspomina o rosyjskiej agresji. Nie ma w nim ani słowa o wojnie prowadzonej przeciwko Ukrainie przez reżim Putina. Zatem teraz już sam fakt rosyjskiej agresji został zalegalizowany.

4. Dokument nie mówi nic o zachowaniu terytorialnej integralności Ukrainy. Nawet na poziomie oświadczenia przedstawiciele obecnego rosyjskiego reżimu nie zagwarantowali w nim uznanych przez świat granic Ukrainy. Innymi słowy zalegalizowano ich naruszenie.

5. W dokumencie nie ma ani słowa o Krymie. A zatem podbój, okupacja, aneksja Krymu przez Rosję zostały de facto zalegalizowane tym międzynarodowym porozumieniem z udziałem ukraińskiej władzy (ponieważ ukraińska władza podpisała to oświadczenie razem z agresorem już po dacie aneksji Krymu przez Rosję).

6. Proces konstytucyjny na Ukrainie będzie się teraz odbywał zgodnie z „inkluzyjną formułą z udziałem regionów”, to znaczy separatyści otrzymali podstawę prawną zlikwidowania unitarnego charakteru ukraińskiego państwa.

7. Wszyscy separatyści podlegają amnestii.

8. Opuszczenie budynków i urzędów, a także rozbrojenie tzw. „samoobrony” we wschodniej Ukrainie nie ma znaczenia, ponieważ, po pierwsze, budynki i urzędy i tak powinny być opuszczone, a „samoobrona” i tak rozbrojona. Po drugie, jako że dzięki Oświadczeniu Genewskiemu wszyscy separatyści podlegają teraz amnestii, to teraz najbliższy czas spędzą nie w więzieniu, a za stołem negocjacyjnym, wypracowując, że tak powiem, nową konstytucję Ukrainy.

9. „Inkluzyjny z udziałem regionów” proces przygotowania konstytucji z góry zakłada federacyjny charakter Ukrainy, który nie ma publicznego poparcia ani w całym kraju, ani w żadnym regionie Ukrainy, a zatem przesądzony jest jej podział.

10. Konsekwencje procesu federalizacji są przejrzyste i całkowicie do przewidzenia – liderzy separatystów zostaną wybrani do organów władz regionalnych, po czym (z pomocą lub bez pomocy rosyjskich komandosów) powtórzą w swoich regionach dobrze znany krymski scenariusz.

11. Rezultatem procesu federalizacji będzie utworzenie nawet nie Federacyjnej Ukrainy, o czym kilka dni temu mówił Temirgalijew, lecz Noworosja („od Charkowa do Odessy”), którą tak inspirująco wychwalał Putin.

12. Dokument nie gwarantuje przeprowadzenia prezydenckich i parlamentarnych wyborów. Ławrow szczególnie to podkreślał na konferencji prasowej, co oznacza, że rosyjska agentura będzie kontynuować ich zerwanie, a władze Rosji nadal będą mówić, że władza w Kijowie jest nieprawowita (jak to znowu dzisiaj powtórzył Putin).

13. Zgodnie z dokumentem, mniej więcej na poważnie zorganizowane siły, zdolne do odpierania rosyjskiej agresji (Samoobrona Majdanu, Automajdan, Prawy Sektor) podlegają rozbrojeniu. Skutkiem tego Ukrainy w ogóle nie będzie miał kto bronić. Działania oficjalnej ukraińskiej armii, milicji, specjednostek mieliśmy już okazję wszyscy obserwować.

14. Natomiast jeśli te nowe siły – zalążki przyszłych struktur siłowych Ukrainy – odmówią realizacji wymogów Oświadczenia Genewskiego, to na nie spuszczona zostanie milicja Awakowa, pełna berkutowców i pozostałych ludzi byłego reżimu, których charakter działań został dobitnie zademonstrowany przy zabójstwie Aleksandra Muzyczko, jak też podczas rozprawy charkowskiej milicji z kijowskimi ochotnikami na Szosie Połtawskiej. Jak wiadomo w jej trakcie gliniarze krzyczeli „To za Majdan!” Jeszcze wczoraj takie działania były bezprawiem, grożącym im ściganiem, dzisiaj są już zgodne z prawem.

15. W odróżnieniu od Ukrainy, dla której wykonanie zobowiązań wynikających z porozumienia będzie gwarantowane podpisem strony ukraińskiej, naciskami Zachodu i regularną histerią rosyjskiego MSZ, wykonanie zobowiązań przez Rosję (w ogóle to ciekawe, jakich, bo w tekście oświadczenia o tym nic nie ma) będzie gwarantowane w ten sam sposób, jak i jej zobowiązania wynikające z Budapesztańskiego Memorandum.

16. W czasie, kiedy na Ukrainie poparcie dla jej wstąpienia do NATO poważnie wzrosło, przewyższając wg niektórych sondaży 50% nawet na południu i wschodzie, władze Ukrainy podpisały pozablokowy status kraju. To znaczy zagwarantowały sobie nowe agresje i interwencje ze strony wschodniego sąsiada, kiedy tylko mu się tak spodoba.

17. Ukraińcy! Innymi słowy, wam nie tylko podstępnie i podle zabrali Krym. Teraz na oczach całego świata, pod gwarancje Zachodu i za zgodą obecnych władz Ukrainy, „całkowicie zgodnie z prawem” będą wam zabierać Noworosję (niestety teraz to już nawet nie jest Federacyjna Ukraina i z tym de facto zgodziły się obecne ukraińskie władze), okrajać kraj, zabijać patriotów, likwidować, choćby i odległą i słabą, szansę udziału w systemie kolektywnego bezpieczeństwa, niszczyć możliwość jakiejkolwiek obrony przed chciwym chamowatym „bratem” i na koniec już drobiazg – zajmować się „zewnętrznym zarządzaniem” wami.

Krótko mówiąc, jak już was wielokrotnie uprzedzano na stronach tego bloga, to co się stało to Monachium-2014.
Dokładniej rzecz biorąc to gorzej niż Monachium.
Wtedy mieliśmy do czynienia tylko z udobruchaniem agresora.
A teraz, oprócz udobruchania, mamy jeszcze do czynienia z narodową zdradą.
Czechów w 1938 mimo wszystko zmuszano i im narzucano.
A wasi sami się ugięli.
I całą resztę zrobili sami.

I znowu, uprzedzano was, że podbić duży europejski kraj można też bez czołgów.
Najważniejsze tylko, by u władzy znaleźli się zdrajcy.
Albo intellectually challenged.
Albo odwrotnie.
Zresztą, wielkiej różnicy tu nie ma.

P.S.
Jak wiadomo, Ezaw sprzedał swoje pierworództwo za miskę soczewicy.
Dzicy oddawali złoto i kosztowności za świecidełka i grzechotki.
Oszuści zabierają wartościowe rzeczy za paczki pociętego papieru.
W przypadku dopiero co dokonanej „wymiany” ze strony Ukrainy nie zauważam ani miski soczewicy, ani świecidełek, ani nawet pociętego papieru.

(…)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dossier na Putina.


Autor: Anastazja Kirilenko
Data: 22.12.2013


Najbardziej fantastyczna na pierwszy rzut oka wersja uwolnienia Michaiła Chodorkowskiego, z jaką zapoznałam się w blogosferze jest taka: niemieckie służby specjalne mają atuty, mają „coś w rękawie” na Putina, coś co wykorzystano dla okazania nacisku na prezydenta Rosji. Z oficjalnych informacji można wywnioskować, że niemieccy dyplomaci (i/lub specsłużby) posiadają i w ciągu ostatnich 2,5 roku korzystali z jakichś kanałów łączności z Władimimirem Putinem, które są niedostępne dla Amerykanów. A raczej „jeszcze posiadają”.

Można zgadywać, od jak dawna te powiązania istnieją, mając na uwadze „niemiecką” przeszłość Władimira Putina.  Ale od biografii Putina „Niemiec na Kremlu” autorstwa Alexandra Rahra wolę książkę niemieckiego dziennikarza Jürgena Rotha „Gangsterzy ze Wschodu”. Od razu po uwolnieniu Chodorkowskiego zapytałam Rotha: co się stało ze śledztwem wobec niemiecko-rosyjskiej firmy SPAG, którą podejrzewano w praniu pieniędzy? W 2003 roku Roth, w którego posiadaniu znalazł się raport na ten temat wywiadu RFN – BND (za 1999 rok), opublikował książkę poświęconą firmie SPAG.

Zarządzający tą firmą, mającą siedzibę we Frankfurcie nad Menem, adwokat z Liechtensteinu Rudolf Ritter od 1990 roku zajmował się, zgodnie z raportem wywiadu niemieckiego, praniem pieniędzy kolumbijskiej mafii narkotykowej. Rittera aresztowano, znaleziono u niego miliony szwajcarskich franków w gotówce, a jak ustaliła prokuratura jego współpracownicy wywozili wypełnione szwajcarskimi frankami walizki do Liechtensteinu (podejrzewano, że były to wpływy z handlu narkotykami).

Firmę SPAG utworzyli w 1992 roku sam Ritter, struktury Władimira Smirnowa i Władimira Kumarina (Smirnow to były top manager „Rosatomu” i były szef spółki „Oziero”, Kumarin zaś, który od 2007 roku siedzi w więzieniu, to szef „tambowskiej” grupy przestępczej), a także komisja Zarządu Majątkiem Miejskim Urzędu Miasta St. Petersburga. Aż do 2000 roku doradcą w firmie SPAG, nie pobierającym uposażenia, był Władimir Putin.

Według „Spiegla” (2001 rok) to dzięki naciskowi Niemiec udało się wtedy rozpocząć śledztwo w Liechtensteinie wobec Rittera w sprawie pieniędzy karteli narkotykowych. Przy czym był to spektakularny sukces Niemców, gdyż, jak przypominali  dziennikarze, w maleńkim księstwie, „złodziejskim raju”, podobnych spraw nie rozpoczynano. Publikacja stała się źródłem optymizmu i prognozowano problemy dla księstwa Liechtenstein i sąsiedniej Szwajcarii. Informowano, że w latach 1993-1998 „ogromna ilość” złota była wywieziona z St. Petersburga do szwajcarskiego miasta Lugano.

Oto co pisze „Spiegel”: „Utworzona przez Putina i Rittera firma wypływa również w materiałach śledztwa przeciwko niemu i panu Hoffenowi (partner biznesowy Rittera). 23 kwietnia 1999 roku ci panowie kupili 30000 akcji SPAG, poza giełdą, po 15 euro za akcję (przy cenie giełdowej 10 euro) i rozmieścili je w portfelach firm z fantastycznymi nazwami „Fundacja Cukierkowa”, „Fundacja Kopertowa”. Śledczy uważali, że pieniądze były brudne”.

W dodatku „córka” SPAG pod nazwą Rif Security GmbH wypełniała funkcje ochrony w spółce „Oziero”. Były szef tej spółki działkowej w Prioziersku Władimir Smirnow (dziś prawdopodobnie w Monako) w 2000 roku przyznał się gazecie „Wiedomosti St. Petersburga” (kiedy do spółki „Oziero”, do której należała również dacza Putina, dotarł już sprytny dziennikarz Władimir Iwanidze), że poznał przyszłego prezydenta w 1991 roku we Frankfurcie nad Menem.

Jürgen Roth, który kontynuuje obserwowanie sprawy Ritter – SPAG, powiedział mi, że w rezultacie śledztwo niczego nie ustaliło. Studiowałam stronę internetową tej firmy w kwietniu 2010 roku, kiedy jeszcze ona istniała. Fakt, że miał miejsce wtedy jakiś rebranding SPAG, nastąpiła zmiana Szefa Rady Nadzorczej i prezesa, były jakieś sądowe sprawy. Obecnie, według niemieckich stron finansowych, firma nie jest notowana na giełdach.

Czy uczestnictwo Władimira Putina jako doradcy w firmie, która znalazła się w zainteresowaniu niemieckich specsłużb z powodu karteli narkotykowych, to przypadek? Możliwe. Jak lubią przypominać ci sami niemieccy lub szwajcarscy dziennikarze „wyroków sądu w tej sprawie nie ma”, „bezpośrednich powiązań nie ma”.

Jednakże wiele „śladów” z przeszłości Putina prowadzi do Niemiec. Na przykład, jedna z firm wykorzystywanych w handlu barterowym z St. Petersburgiem (sprawa omówiona w raporcie Mariny Salje) była zarejestrowana w Monachium na obywatela Niemiec. Ponadto miały miejsce niezrozumiałe negocjacje ludzi z administracji St. Petersburga w sprawie barterowych dostaw żywności (nie wiadomo, kto je prowadził) z panią Rudolf ze wschodnioniemieckiej „Stasi”.

Inne przypadki dotyczą bezpośrednio handlu narkotykami i Rosji. Zgodnie z informacjami prasy St. Petersburga, na początku la 90-tych w Europie Wschodniej miało miejsce spotkanie przedstawicieli włoskiej mafii i mafii St. Petersburga, „a także byłych z KGB”. Włoski parlament wysłuchał nawet w tej sprawie sprawozdania śledczego z Rosji, w którym stwierdzano, że mafie najprawdopodobniej porozumiały się co do wspólnej kontrabandy radioaktywnych izotopów i narkotyków.

Dziwnym zbiegiem okoliczności w lutym 1993 roku pod Wyborgiem zatrzymano kontener z kolumbijskimi konserwami mięsnymi, w których była tona kokainy. W sprawie wyborgskiej kokainy w Izraelu aresztowano m.in. Belga Oskara Donata. Jedno z jego przedsiębiorstw w St. Petersburgu to Dom Handlowy „Alisa”. Fakt: śledztwo wkrótce zaryło w piachu. Kokaina, jak donosiła prasa, nie została zlikwidowana, lecz „dostarczona do Moskwy do dalszej obróbki”.

Na przełomie września i października 1993, kiedy w Moskwie miały miejsce historyczne wydarzenia związane z rozstrzelaniem parlamentu, St. Petersburg żył swoim gromkim życiem. Na rosyjsko-fińskiej granicy zatrzymano przedsiębiorcę Matwiejewa za próbę przemytu izotopów osmu, a po paru dniach związanego z nim zastępcę mera Sobczaka Lwa Sawienkowa, który zlecił transport izotopów. Dodatkowo Sawienkow pracował jako dyrektor Domu Handlowego „Alisa”.

W 1994 roku pod naciskiem dziennikarzy (znaleźli dokumenty, wskazujące na współudział w sprawie Komitetu ds. Kontaktów z Zagranicą Urzędu Miasta St. Petersburga, komitetem kierował Putin, dokumentów nie opublikowano) sam Władimir Putin postanowił bronić Sawienkowa. Według niego „Urząd Miasta St. Petersburga szukał niestandardowych sposobów finansowania gospodarki miejskiej, przede wszystkim dostaw żywności dla miasta”. I oto Sawienkow zaproponował sprzedaż na Zachód super oczyszczonego osmu, jaki udało się otrzymać uczonemu-hobbyście z St. Petersburga (uczonym tym okazał się być wcześniej karany Wiktor Pietrik, który w 2011 roku zasłynął z „filtrów Pietrika-Gryzłowa”). „Część zysków będzie szła do budżetu miasta”, powiedział wtedy Putin. A przemyt, to znaczy tajny transport, był potrzebny dla ochrony interesów uczonego...

Dziennikarze różnie oceniali te słowa wicemera St. Petersburga, który starał się, lecz nijak nie mógł nakarmić miasta niestandardowymi sposobami. Jednakże, jeśli trzymać się faktów, to Lew Sawienkow został jednak w tajnym procesie skazany za przemyt. Niezrozumiałe jest dlaczego Pietrogrodzki Sąd Rejonowy odmówił Radiu Swoboda dostępu do wyroku w tej starej sprawie. Ale w tej dawnej sprawie jest chociaż wyrok, w odróżnieniu od sprawy „wyborgskiej kokainy”.

Co niemiecki wywiad ma „na Putina” dokładnie nie wiadomo. Pozostaje tylko spekulować, że takich informacji BND może mieć więcej, niż inne wywiady, z powodu przyczyn historycznych. Były doradca księcia Monako Robert Eringer, z którym spotykałam się w celu rozmowy o przyjaźni prezydenta Rosji z Albertem II, wygadał się, że w rezultacie konsultacji ze specsłużbami innych państw (według niego istnieją taśmy z tych konsultacji) kategorycznie odradzał księciu zbliżenie z Putinem: związki szefa państwa rosyjskiego z biznesmenami piorącymi pieniądze, w szczególności w Monako, są zbyt podejrzane i nieprzejrzyste. Książę jednak, jak twierdzi Eringer, nie posłuchał jego rady.

Wydawałoby się, że wszystko to nie jest najważniejsze wobec układu w przededniu Olimpiady i intrygą, czy Angela Merkel przyjedzie, czy nie przyjedzie do Soczi. Image Putina w związku z bojkotem przez zachodnich liderów ceremonii otwarcia igrzysk jest już nie do naprawy, jest za późno na zmiany. Skończywszy z reportażami o problemach wspólnoty LGBT, migrantach i oczywiście więźniach politycznych w Rosji, zachodni dziennikarze ponownie skierowali się do St. Petersburga, by wyjaśniać przeszłość Putina. Reportaże koncentrują się wokół „dossier Salje” – sprawa SPAG – „kasyna Putina”. Wiek tych dossier jest kompensowany ich ważnością.

A tu jeszcze i „wisienka na torcie” – pałac w Praskowiejewce pod Gelendżykiem: widok z kutra, widok z brzegu, rozważania o tym, na ile blisko ochrona daje dotrzeć do brzegu.  O istnieniu pałacu wiemy dzięki biznesmenowi z St. Petersburga Siergiejowi Kolesnikowowi.  Po tym jak skończyła się panika, która wybuchła w okolicach Kremla, pałac przepisano na jakiś czas na roponośnego oligarchę, partnera Arkadija Rottenberga, Aleksandra Ponomarienko. Ponomarienko to bohater książki o „krymskiej mafii” (rozpowszechnianie książki w Rosji zabronił jeden z rosyjskich sądów rejonowych). Nawiasem mówiąc, dzisiaj Ponomarienko to szanowany oligarcha, posiadający partnera w Dumie Państwowej – bohatera tej samej książki o mafii Aleksandra Skorobogatko.  Jak powiedział mi ścigany międzynarodowym listem gończym Alimżan Toktachunow, ksywka „Tajwańczyk”, na naiwne pytanie co w parlamencie robią przedstawiciele różnych grup przestępczych: „w młodym wieku wszyscy grypsowali, ale przecież nie można odrzucać utalentowanych ludzi!”

Mówiąc o ostatnim 2,5-letnim okresie – czasie, w którym podobno prowadzono negocjacje w sprawie uwolnienia Chodorkowskiego – to chmur na Putinem i ogólnego nim zainteresowania jest więcej. O ile dziesięć lat temu można było spokojnie mówić o „równym oddaleniu oligarchów” od Kremla przy prowadzeniu narodowych interesów, to teraz sytuacja uległa zmianie. „Pańszczyźniane Deripaski”, górnicy Abramowicza, dla których cudem jest nie mieć połamanych  palców u rąk, nawet pracownicy Rosnieftu już więcej nie stanowią bezwarunkowego elektoratu Putina. Co prawda z pałacu w Praskowiejewce póki co to słabo widać.


Nieśmiertelnym stał się żart jakiegoś dziennikarza po oficjalnej informacji o rozwodzie Putina: „A co, jeśli cała reszta to też prawda?”

piątek, 10 maja 2013

Dymisja Surkowa. Początek ostatecznej zmiany wyznaczników.


Publikacja z dnia 8 maja 2013 r.
Autor: Jegor Proswirnin
Źródło:

Wiadomość dnia: Surkowa zwolniono ze stanowiska wicepremiera na jego własną prośbę, jak informuje Kreml („– Twoja teściowa na co zmarła? – A grzybami się otruła. – A skąd ma takie sińce? – Nie chciała ich żreć, swołocz!”). Przypomnijmy, że dosłownie wczoraj wybuchł publiczny konflikt Surkowa z rzecznikiem Komitetu Śledczego Markinem, spowodowany wypowiedziami Surkowa w Londynie na temat śledztwa w sprawie projektu „Skołkowo”, który Surkow nadzorował. Dzisiejsza dymisja Surkowa stanowi finał jego upadku, który zaczął się pod koniec 2011 roku z masowych protestów. Uważany za demiurga współczesnego systemu w Rosji i posiadający reputację cynicznego intelektualisty został odesłany na półdymisję po buncie klasy kreacjonistów, a dzisiaj nastąpił jego ostateczny upadek. Na niezadowolenie inteligencji Putin nie odpowiedział skomplikowaniem życia politycznego, lecz odwrotnie jego uproszczeniem zgodnie z formułą „słomkę złamiesz siłą”, zastąpiwszy dumnego ze swojego wykształcenia Surkowa prostym jak uderzenie cegłą w łeb Wołodinem.

Byli znienawidzeni przez wszystkich „Nasi”, próbujący udawać lojalną młodzież, a przyszedł robotnik „My zara przyjdziem z kumplami i wam wpieprzym” Chołmanskich. Była pląsająca na niewielkim podwórku na poły niezależna prasa, a rozpoczęto zwalnianie z pracy i kaperowanie pracowników państwowych mediów i zamykanie wielu tytułów. Była „Jedna Rosja”, starająca się grać rolę głównej partii w kraju w ramach kontrolowanego systemu partyjnego, a powstał „Wszechrosyjski Narodowy Front”, który ma za zadanie skupić wszystkich wokół Führera w obleganej twierdzy „Rosja”. Była retoryka modernizacji, a mamy radziecki zakręt, przy czym nie na poziomie retoryki, lecz na poziomie konkretnych ustaw.

Żydowsko-czeczeńskiego diabła, postać absolutnie z twórczości Pielewina, zastąpili prości i uczciwi ludzie z twarzami katów i żołnierzy, wachtę po żartownisiach i eunuchach objął kolektywny poseł Wałujew, co widać najlepiej po sposobie, w jaki zdymisjonowano Surkowa. Przeczytajcie, jeśli nie czytaliście, tekst Markina przeciwko Surkowowi w „Izwiestiach” – przykład radzieckiego stylu spod płotu końca lat 80-tych, o którym myśleliśmy, że już odszedł na zawsze, pozostawszy tylko w powieściach Sorokina:

A wszystko to byli ludzie światowi i cwani. Już dawno kapnęli się, że w naszych czasach status notowanego opozycjonisty jest nawet całkiem korzystny. Jakby co, to banalne śledztwo w sprawie kradzieży można przedstawić jako polityczne prześladowanie. Zyskuje się sławę w sieci, a nawet prawo azylu w Londynie. Niektórzy wirtuozi politycznego PR dają radę odstawiać takie piruety, będąc w kierownictwie władzy, przeciwko której protestują.

„Ja nie torf i nie gad zasrany” – powiedziałby Martin Aleksiejewicz. W trakcie całej swojej kariery Surkow władczego Markina Aleksiejewicza maskował, próbował przekonać rosyjską inteligencję, że z Markinem Aleksiejewiczem możliwy jest jakiś dialog, jakaś choćby imitacja komunikowania się. A w rezultacie kolektywny radziecki Markin Aleksiejewicz Surkowa zjadł postawiwszy mięsistą kropkę nad „i” w dyskusji na temat „Czy możliwa jest transformacja władzy radzieckiej w coś przyzwoitego?”, potwierdzając ponownie absolutną rację zajmowania bezkompromisowego stanowiska.  Ustriałow w 1921 roku pisał, że jeśli nie drażnić bolszewików to nauczą się czytać, pisać, pokochają Rosję i ostatecznie staną się rosyjską narodową władzą. Surkow przez całą dekadę od 2000 r. przekonywał, że jeśli nie drażnić Putina to oduczy się pić wódkę, przestanie kląć («Z rodziny robotniczej pochodzę») i ostatecznie zacznie sam siebie unowocześniać, przyjąwszy wartości współczesnego społeczeństwa europejskiego.

Radziecka władza Ustriałowa ostatecznie rozstrzelała. Surkowa władza radziecka zdymisjonowała rękami Markina Aleksiejewicza i może być, że jeszcze rozstrzela, jako że diabeł żartować lubi (przecież u znajdującego się w niełasce olimpijskiego budowniczego „towarzysza Bilałowa” stwierdzono tajemnicze zatrucie rtęcią, przy czym zatrucie wielokrotne). Wszyscy apologeci Czerwonego Kremla, wszyscy zwolennicy tego, że z władzy nie wolno żartować, lecz w milczeniu i cierpliwie pomagać jej się krok po kroku cywilizować, wszyscy „konserwatywni zwolennicy stopniowego uczłowieczania reżimu” otrzymali dziś prostą i jasną odpowiedź Markina Aleksiejewicza w stylu Sorokina:

Jednakże PR PR-em, a sprawy sprawami. Kodeks postępowania karnego nikt nie likwidował, więc śledczy zobowiązani są do zadawania pytań, jeśli mają do czynienia z faktami i konkretnymi podejrzeniami. Nie pomogą tu żadne utyskiwania na motywy polityczne. Masza jakby nie było też spadkobierczyni i będziemy z nią pisać do wszystkich możliwych instancji zwracając uwagę społeczeństwa na pana i pańską działalność kułaka. Boś jest pan kułak, a żona pańska to burżujka, z powodu której sam wstyd i którą trzeba należycie utemperować. A nas co, na boczny tor? Pracowaliśmy, sialiśmy, a kibel kto stawiał? Kto wtedy dwudziestaka dał? Pan z pana Oleczkiem  chujeczkiem? Albo może pana żona ta paniusia? Ja sam to wszystko zbudowałem i garb mam, krew z potem przelewałem, a pan tylko żarł i srał. Tak było.

Władimir Władimirowicz Szarikow, którego przez wszystkie 13 lat dokładnie goliła konserwatywna inteligencja popierająca władzę, kiedy zaczęły się protesty nie zdecydował się na dialog ze społeczeństwem jak dorosły cywilizowany człowiek, tylko chwycił bałałajkę i zaczął odstawiać „Jabłuszko” („Eh, jabłuszko, dokąd ty se lecisz, znajdzie się na Błotnym to już nie odlecisz!”).

Po czym na zakończenie numeru wziął i przypierdolił bałałajką profesorowi Surkoważnemu, który przez te wszystkie lata starał się wyczesać z psa pchły radziecko-czekistowskiego pochodzenia, przy czym to wyczesywanie przedstawiał jako proces cywilizacji i ukulturalnienia. Teraz cywilizator i ukulturalniający ma pękniętą czaszkę („I za to was likwidują jako klasę. Z pana jest szkodliwy element, pan dowcipasami chujasami sypie, a sam jakby uczony i w ogóle. A z pana żaden uczony, pan jesteś chujony, tym pan żeś jest!”), a wściekły Władimir Władimirowicz zaraz będzie się wydzierał w finałowym kuplecie, i jak go skończy, to na jego uśpienie zgodzą się nawet najbardziej pokojowo nastawieni mieszkańcy rosyjskiego bloku.

Tak w ogóle to się cieszę. Dymisja Surkowa, ostatniego człowieka we władzach, który uważał za konieczne przynajmniej udawać coś minimalnie przyzwoitego, oznacza początek Ery Pełnej Jasności (...), w której walki rosyjskiej europejskiej wykształconej klasy z radziecką azjatycką robotniczo-chłopską władzą nie dało się dłużej maskować ospałymi czeczenożydami, którzy piszą powieści i dywagują o „dyskursie”, próbując pogodzić białych Europejczyków i radzieckich Mongołów. Nie ma możliwości jakiegokolwiek kompromisu pomiędzy rosyjską Europą i radziecko-putinowską Azją, to przecież nie jest walka o uczciwe wybory, przeciwko Putinowi, to nie jest walka ideologii.

To jest wojna cywilizacji, stępiona, uspokojona dzięki naftowemu dobrobytowi pierwszej dekady wieku, lecz teraz znów wypływająca na powierzchnię, ponownie wyrażająca się w ostrej formie. Z nas przecież żadni białowstążkowcy, żadni demokraci, żadni nacjonaliści. Jesteśmy krzyżowcami w radzieckiej Palestynie i w tym roku skończyło się pokojowe współistnienie z radziecko-putinskimi Arabami.

W 1917 roku przegraliśmy z kolektywnym Markinem, kolektywnym Wołodinem, kolektywnym Wałujewem. W 2017 roku mamy obowiązek zwyciężyć.

czwartek, 31 stycznia 2013

Film oskarżający Miedwiediewa o zdradę interesów Rosji w Libii

Źródło: http://www.youtube.com/watch?v=zrtcVd1LASc
http://lenta.ru/news/2013/01/31/rogozin/

Film jest anonimowy, opublikowany na profilu "Dmitrij Rogozin" w YouTube. Sam wicepremier twierdzi, że nie ma z nim nic wspólnego i nie ma konta na YouTube.
Nieznani autorzy oskarżają Miedwiediewa o zdradę interesów Rosji w Libii.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wywiad Dmitrija Miedwiediewa dla CNN

Źródło: http://government.ru/docs/22547/

Wywiad premiera FR Dmitrija Miedwiediewa dla CNN 27.01.2013

Korespondent: Panie premierze, bardzo dziękuję, że zgodził się Pan z nami spotkać.
W 2009 roku, będąc prezydentem Rosji, napisał Pan bardzo interesujący, ważny esej o przyszłości Rosji. Stwierdził Pan, że są dwa podstawowe problemy rosyjskiej gospodarki - zbytnia zależność od ropy i ogromnie wysoki poziom korupcji. Jeśli popatrzeć na dzisiejsze statystyki, to te dwa problemy jeszcze się pogłębiły: gospodarka Rosji jeszcze bardziej zależy od dochodów z węglowodorów, a patrząc na dowolne oceny, to sytuacja z korupcją jest poważniejsza. Jak Pan myśli, czy to oznacza, że nie udało się osiągnąć rozwiązania tych podstawowych problemów?

D. Miedwiediew: Nie, nie oznacza. Udało nam się coś zrobić i naprawdę sytuacja dzisiaj jest nieco inna od tej sprzed jakiegoś czasu. Najpierw chciałbym powiedzieć rzecz następującą: rzeczywiście nadal jesteśmy krajem znacznie uzależnionym od węglowodorów, lecz na chwilę obecną nasza zależność to trochę mniej niż połowa przychodów budżetu państwa. To bardzo dużo, tym niemniej sytuacja zaczęła się zmieniać, ponieważ na drugą połowę składają się już  przychody ze sprzedaży towarów, prac i usług na rynku wewnętrznym.
Bardzo ważny jest rozwój naszej konkurencyjności w dwóch kierunkach. Rolnictwo - Rosja ponownie może się stać wiodącym rolniczym mocarstwem, mamy kolosalne terytorium, mamy bardzo dużo możliwości, by stać się uczestnikiem rynku żywności. Żywność jest coraz droższa, coraz bardziej deficytowa i dlatego pragniemy zająć godną Rosji niszę. I druga, nie mniej ważna sprawa: Rosja jest krajem wykształconym i niezależnie od tego, że my też na pewno nie zawsze jesteśmy zadowoleni z naszego poziomu oświaty, to jednak mamy wszelkie szanse, by zająć godne miejsce zarówno w segmencie firm wysokich technologii, jak i dużych projektów oświatowych, innymi słowy zarabiać pieniądze i tworzyć dochód budżetu dzięki naszym mózgom. I dlatego sytuacja ewoluuje, oczywiście nie tak szybko, jakbyśmy tego pragnęli. Zapewne trzeba aktywniej działać i Rząd będzie się tym zajmował.
Korupcja. Uważam, że ostatnie lata nie poszły na marne. Stworzyliśmy szkielet antykorupcyjnego ustawodawstwa, jakiego nigdy w Rosji nie było, ani w okresie caratu, ani w okresie sowieckim, ani w postsowieckim. Stworzyliśmy absolutnie nowe ustawodawstwo, w pełni odpowiadające międzynarodowym konwencjom, wymaganiom Organizacji Współpracy Gospodarczej i pozostałym międzynarodowym standardom. Jest ono stosowane i to, że liczba spraw związanych z korupcją i spraw karnych przeciwko konkretnym ludziom rośnie, świadczy nie o tym, że rozszerza się korupcja, a o tym, że zaczęto z nią realnie walczyć. Obecnie różnego rodzaju struktury śledcze prowadzą około 50000 spraw karnych związanych z korupcją. Było ich mniej, ale to nie oznacza rozszerzania się korupcji, tylko o tym, że po prostu aktywniej zaczęliśmy pociągać do odpowiedzialności za tego rodzaju naruszenia. To jest akurat dobry wynik, tym niemniej to oczywiście nie może być przewidziana na 2, 3 lata akcja, to mają być zmiany w głowach ludzi. Już to mówiłem, ale powiem jeszcze raz: korupcja powinna być nie tylko niezgodna z prawem, ona powinna być amoralna i osądzana przez całe społeczeństwo, a nie przez jednostki.

Korespondent: Pomówmy o korupcji. Patrząc z boku może się wydawać, że sytuacji nadal nie udaje się opanować. Słyszeliśmy o sprawie Siergieja Magnitskiego i co nas najbardziej uderza to to, że najprawdopodobniej pieniądze ukradziono rosyjskiemu Rządowi. I Hermitage Fund przedstawił dokumenty, świadczące o tym, że mniej więcej miliard dolarów w oszukańczy sposób skradziono rosyjskiemu fiskusowi. Ale wydaje się, że z tym nikt nie może sobie poradzić. Jak mamy to rozumieć?

D. Miedwiediew: Powiem tak: mnie szczerze szkoda Siergieja Magnitskiego, jak i kogokolwiek, kto zakończył swoje życie, będąc uwięzionym. I rosyjskie organa ochrony prawa muszą koniec końców ustalić, co się wydarzyło w więzieniu, dlaczego on zmarł i kto ponosi za to odpowiedzialność. Jednakże mówiąc o działalności ś.p. pana Magnitskiego, to mam całkowicie inną tego ocenę. On nigdy nie był człowiekiem walczącym z korupcją, był zwykłym korporacyjnym księgowym czy prawnikiem obsługującym swojego bossa, a jego boss przebywający obecnie jak rozumiem w Davos, gdzie zajmuje się politykierstwem, zarabiał w Rosji duże pieniądze. Według szacunków różnych źródeł pieniądze, które zarabiał w Rosji można liczyć w miliardy dolarów i nie były to zupełnie czyste pieniądze. To były pieniądze przy wykorzystaniu różnych finansowych konstrukcji, a pan Magnitski ze względu na zajmowane stanowisko służbowe mu pomagał. Dopuszczam, że obaj mieli styczność z korupcją, bo jest jej rzeczywiście pełno, ale on nigdy nie zajmował się walką z korupcją, nie był nigdy agentem państwa, który zwraca bezprawnie zdobyte środki. Był korporacyjnym profesjonalistą, co oczywiście nie zmniejsza rozmiarów tragedii, związanej z jego śmiercią. I dlatego, wbrew tej opinii, która dzięki różnym siłom politycznym (oczywiście częściowo przy udziale dziennikarzy) złożyła się w szeregu państw, to nie była działalność polegająca na zwrocie Rosji jakichkolwiek skradzionych środków. To była działalność chroniąca finansowe interesy jego bossa i nic ponadto, a jego pan opuścił granice Federacji Rosyjskiej, powtórzę jeszcze raz, zarobiwszy bardzo duże pieniądze. Taka jest prawda.

Korespondent: Ale nie pozwolono mu wrócić. Nagle panu Browderowi odmówiono wizy, kiedy próbował powrócić.

D. Miedwiediew: Dlatego, że przez rosyjski wymiar sprawiedliwości uważany jest za przestępcę. W każdym razie rosyjski wymiar sprawiedliwości rosyjskie organa śledcze podejrzewają, że popełnił on przestępstwo na terytorium Rosji. Oczywiście, że do czasu, kiedy wyrok nie jest prawomocny, obowiązuje domniemanie niewinności, tym niemniej nasz struktury śledcze prowadzą przeciwko niemu sprawę i nie ma w tym niczego szczególnego. Amerykańskie struktury śledcze prowadzą sprawy przeciwko cudzoziemcom i robią to czasem w sposób poprawny, a czasem naruszając międzynarodowe zasady, my też staramy się poszukiwać tych, którzy naszym zdaniem popełnili przestępstwo. Myślę, że ta praca organów śledczych będzie kontynuowana, a co innego pozostaje?

Korespondent: Powiedział Pan, że śmierć Siergieja Magnitskiego w rosyjskim więzieniu powinna być wyjaśniona, okropne okoliczności jego śmierci. Mówił Pan to będąc prezydentem, ponieważ on zmarł, kiedy Pan zajmował stanowisko prezydenta, teraz został Pan premierem. Naszą uwagę zwraca, że bez końca wzywa Pan do przeprowadzenia śledztwa, a nie odnosi się wrażenia, że prowadzone jest prawidłowe, sprawiedliwe, obiektywne śledztwo. Na przykład matka Magnitskiego nie wierzy, że w Rosji prowadzone jest takie śledztwo.

D. Miedwiediew: Wie Pan, ja uważam, że rzecz nie jest w konkretnym case Magnitskiego, która, jeszcze raz powtarzam, została według mnie absolutnie upolityczniona i wykorzystana dla osiągnięcia całkowicie osobistych celów, a rzecz jest w tym, że powinno się prowadzić dochodzenie w sprawie jakiejkolwiek śmierci w więzieniu. Niestety takie rzeczy się zdarzają. To się zdarza w Rosji, zdarza się też w USA i w Europie - wszędzie się zdarza. I w każdym wypadku powinno się rozpoczynać sprawę karną i prowadzić maksymalnie dokładne dochodzenie, którego sens sprowadza się do tego, by stwierdzić z czym mamy do czynienia - z incydentem, przypadkiem, czy czyjąś złą wolą? Rzeczywiście, w tej sprawie państwo powinno postawić wszystkie kropki nad i, gdyż istnieją różne wersje tego, co się stało i rzeczywiście tutaj wszystko należy doprowadzić do końca. Niestety, człowiekowi życia nie zwrócimy, nie zwrócimy syna matce, to bardzo smutne i żal nie do utulenia, lecz nawet choćby z tego powodu, by w przyszłości nie dochodziło do podobnych sytuacji, konieczne jest doprowadzenie tego śledztwa do końca i ono powinno być doprowadzone do końca. Przy czym nie chodzi tu o to, jak to niekiedy mówią, żeby pośmiertnie oskarżyć kogoś w popełnieniu przestępstwa - to jest niemożliwe. Zgodnie z naszym prawem karnym, jak i zresztą zgodnie z prawem karnym większości cywilizowanych państw, przeciwko człowiekowi nie można prowadzić dochodzenia po jego śmierci, nie można uznać go za winnego, czy niewinnego - nie ma bowiem odpowiedzialnego podmiotu. Ale są pośmiertne procedury, zapisane w kodeksie postępowania karnego, i są one w jakimkolwiek kraju. Właśnie to trzeba zrobić.

Korespondent: Kongres USA przyjął ustawę, która wiąże stosunki handlowe z Rosją z problematyką korupcji. Zatwierdzono listę osób uznanych za skorumpowane. Krytykował Pan tę ustawę i mówił Pan, że Rosja będzie reagować zarówno symetrycznie, jak i asymetrycznie. Poczyniono szereg kroków, o których jeszcze porozmawiamy, jednakże zadam następującego rodzaju pytanie: czy mamy oczekiwać od Rosji jakichś kolejnych kroków odwetowych?

D. Miedwiediew: Uważam, że Kongres popełnił błąd, kiedy wraz z likwidacją poprawki Jacksona-Vanika przyjął ustawę szczególną imienia Magnitskiego. Jeśli chodzi o sam cały ten case, to już Panu mówiłem, co o tym myślę. A jeśli chodzi o działania Kongresu to myślę, co następuje: w ogóle źle się dzieje, jeśli obcy parlament podejmuje decyzje w stosunku do drugiego państwa. Jeszcze gorzej jest, kiedy obcy parlament (w tym wypadku mam na myśli Kongres USA) ogłasza, że szereg osób popełniło przestępstwa. Tutaj trzeba poczuć różnicę. Każdy kraj ma prawo odmówić jakiemukolwiek obywatelowi obcego państwa wydania wizy - prawa na wjazd na jego terytorium i to jest normalne, przy czym, zgodnie z międzynarodowymi konwencjami, bez podania przyczyn. I USA mogły i mogą odmawiać jakiemukolwiek rosyjskiemu urzędnikowi wjazdu do Ameryki, sprawdzać jego konta, czy co tam jeszcze, co znajduje się w Ameryce. Tak samo może postępować Rosja. Ale kiedy to się zamienia w publiczną akcję i Kongres mówi: "Stworzymy listę składającą się z konkretnych nazwisk osób zamieszanych w popełnienie przestępstwa" - to co to jest? To jest pozasądowy samosąd, to stwierdzenie winy osoby bez sądu i śledztwa. Jeszcze bym rozumiał, gdyby odpowiednie decyzje były potwierdzone przez sąd, zresztą w tej sytuacji nieważne przez jaki - amerykański czy rosyjski. Ale przecież zrobiono inaczej. Całą grupę osób, o których nie wiem, czy mają, czy nie mają związku, ogłasza się przestępcami. A co z domniemaniem niewinności? To jest niedopuszczalne. Wydaje mi się, że o tym nasi szanowni koledzy, szanowni amerykańscy ustawodawcy w ogóle nie myślą. A jeśli się okaże, że ktokolwiek z tej listy nie ma nic wspólnego z konkretną sprawą, ale mimo to w związku z tym, że sytuacja jest już rozkręcona, to na całym świecie o konkretnym człowieku będzie rozpowszechniona informacja, że jest on przestępcą, bez sądu i śledztwa? Czy jest to zgodne z prawem? Mnie się wydaje, że jest to niezgodne z jakimkolwiek prawem, niezgodne z jakimikolwiek konwencjami międzynarodowymi, i w tym sensie Kongres USA popełnił błąd prawny. Niestety, błąd ten popełniono celowo w związku z upolitycznieniem danej sprawy. W tej sytuacji parlament rosyjski był zmuszony odpowiedzieć. Nie wdaję się teraz w dyskusję, co jest symetryczne, a co asymetryczne - to są raczej emocjonalne oceny. Tak czy inaczej zawsze można znaleźć osoby, które według rosyjskiego parlamentu łamią prawa i wolności obywateli rosyjskich, czy jakichkolwiek innych obywateli. I znaleziono takich ludzi i ustawa została przyjęta. Czy to dobrze? Wie Pan, jeśli oceniać sytuację całościowo, to uważam, że źle. To są działania odwetowe, zresztą przewidziane przez prawo międzynarodowe, ale lepiej by było, gdyby do tego wszystkiego nie doszło. Przecież naprawdę zawsze mogliśmy, i możemy teraz, podejmować decyzje o wjeździe i wyjeździe ludzi nie na forum publicznym.

Korespondent: Czy zatem będą jakieś kroki odwetowe zgodne z międzynarodowym prawem?

D. Miedwiediew: No i dlatego uważam, że cała ta sytuacja jest zła. Nie sprzyja ani stosunkom rosyjsko-amerykańskim, ani międzynarodowemu porządkowi prawnemu.
Zawsze miałem własne prawne wrażenie całej tej sprawy. Nie uważam, by w XXI wieku jakiekolwiek państwo, nawet takie silne, potężne i demokratycznie rozwinięte jak USA, miało prawo podejmować takie decyzje w stosunku do obywateli innych państw. Suwerenności państwowej jeszcze nikt nie zlikwidował.

Korespondent: Jedna z odpowiedzi na ustawę Magnitskiego... Wykonując ten ruch ukaraliście własne sieroty. Naprawdę nie sądzi Pan, że tak nie powinno być? Że dzieci, uważane za niepotrzebne, nie mogą znaleźć dla siebie stabilnej amerykańskiej rodziny - i to ma być w porządku? Dlaczego karane są rosyjskie sieroty?

D. Miedwiediew: O tym dokumencie powiem najpierw tak: bez żadnych wątpliwości przyjmowany był na emocjonalnej fali, związanej z decyzjami amerykańskiego Kongresu, lecz ani prawnie, ani faktycznie nie łączy się z "ustawą Magnitskiego". Tak zwana ustawa Dimy Jakowlewa to rzeczywiście ustawa wyrażająca zaniepokojenie rosyjskiego parlamentu, rosyjskiej Dumy Państwowej, rosyjskiej Rady Federacji losem naszych dzieci. Przecież, co by się o tym nie mówiło, to jest to bezpośrednia odpowiedzialność państwa - zapewnić dzieciom  nie posiadającym rodziców odpowiednią opiekę, troskę i pomoc medyczną. Jednak przecież nie mamy wątpliwości, że w większości państw, gdzie prowadzi się odpowiednie prace, nie ma problemu adopcji przez cudzoziemców. Chociaż, podkreślam, w naszym kraju nie jest ona zabroniona. W tej sytuacji nasze państwo (i w tej sprawie przyjęto ustawy, dekrety prezydenta) powinno zrobić wszystko, by po prostu sierot nie było, żeby nasi ludzie, nasi obywatele byli zmotywowani, zresztą tak samo jak zmotywowani są obywatele państw obcych, do adopcji naszych dzieci, nie posiadających rodziców, żeby stwarzać do tego prawidłowe, odpowiednie warunki. Jeśli Pan woli, to jest to część moralnej kultury. Rzeczywiście, wielu cudzoziemców zachowuje się bardzo szlachetnie: adoptują nasze dzieci ze zdrowotnymi defektami. Uważam, że nadeszła pora, by ze swej strony również nasi ludzie spojrzeli na ten problem. Wydaje mi się, że tak jest prawidłowo. W tym powinno się przejawiać moralne zdrowie społeczeństwa. Dlatego niezależnie od tego, że wielu widzi w tym kroki, skierowane przeciwko niektórym amerykańskim obywatelom chcącym adoptować nasze dzieci, to tak ta sprawa nie wygląda. Ona wygląda tak: w końcu powinniśmy podjąć wszystkie niezbędne decyzje, by sierot w Rosji nie było. W Ameryce nie ma przecież tego problemu. W większości krajów europejskich nie ma tego problemu. A my mamy przecież już prawie bogate społeczeństwo, mamy całkiem bogatych ludzi. Oni są w stanie zapewnić dach i opiekę naszym dzieciom. W tym jest sens podjętych decyzji.

Korespondent: Jednakże moglibyście bodźcowo stymulować obywateli rosyjskich do adopcji. Dlaczego zabraniać cudzoziemcom adopcji? Jeśli w Rosji kultura się nie zmienia, a kultura nie zmienia się w przeciągu dwóch, trzech lat, to okaże się, że całe pokolenie sierot zostanie ukarane z powodu braku adopcji.

D. Miedwiediew: Ale tu jest jeszcze jedna strona sprawy, w rzeczy samej raczej trudna. Nie bardzo bym chciał się na ten temat wypowiadać, ale mimo wszystko będę zmuszony. Niestety, nierzadko informacja, którą dysponujemy, o losach adoptowanych w USA rosyjskich dzieci, nikogo nie cieszy.
Duża liczba amerykańskich rodzin, które adoptowały rosyjskie dzieci, zapewnia im prawidłową opiekę, wychowanie i wykształcenie. W tym sensie ich czyny zasługują na najwyższą ocenę, jest to wysoce moralne postępowanie. Niestety, w naszym kraju znane są liczne przypadki, kiedy adoptowane przez amerykańskich rodziców dzieci zginęły, były maltretowane, utraciły w USA zdrowie. Nawet, gdyby był tylko jeden taki przypadek, to i to wystarczyłoby dla wniesienia odpowiedniego projektu pod obrady. I to jest pierwsza sprawa, o której chciałem powiedzieć.
Druga sprawa...

Korespondent: Macie na to udokumentowane przykłady?

D. Miedwiediew: Oczywiście. Te przypadki, wszystkie te case - być może do was to nie dociera - były wielokrotnie pokazywane w rosyjskiej telewizji, omawiane w internecie. Niestety, za podobne przestępstwa amerykańscy rodzice adopcyjni ponosili nieproporcjonalnie niską karę: chodziło w gruncie rzeczy o społeczne napiętnowanie lub w ogóle mało znaczącą karę za śmierć dziecka. Przypadki te w znacznym stopniu wstrząsnęły opinią społeczną. Żeby Pan rozumiał całą tę sytuację: 75% obywateli rosyjskich jest przeciwnych adopcji dzieci przez cudzoziemców, zgodnie z niedawno przeprowadzonym badaniem społecznym.
I na koniec. Całkiem niedawno podpisaliśmy z USA umowę dwustronną o adopcji i ogólnie sprawach rodzinnych. To jest dobra umowa, nad którą dość długo pracowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Departament Stanu. Niestety dowiedzieliśmy się o absolutnie dziwnych rzeczach: na poziomie rządu federalnego wszystko jest w porządku, ale na poziomie stanów te zasady kontroli za adoptowanymi dziećmi, które przewidywała ta umowa, nie działają. Koledzy-ustawodawcy stanowi, stanowe władze prawne nie zechcieli nawet wypełniać postanowienia tej umowy.  Będziemy musieli dokonać przynajmniej ponownej oceny tego co się stało. Umowa ta, nawet zaglądając w przyszłość i realizować ją w przyszłości, nie może być dochowywana tylko na terytorium Rosji, lecz także na terytorium konkretnego stanu USA. No i taki to zestaw problemów.

Korespondent: Był Pan uczestnikiem najbardziej znanej prywatnej rozmowy Pana z prezydentem Barackiem Obamą. Wypowiedział on znane zdanie: "Za mojej drugiej kadencji zajmę bardziej elastyczne stanowisko wobec Rosji". I Pan powiedział: "Dziękuję. Przekażę to panu Putinowi". O czym on mówił? Jaka elastyczność? O co chodziło?

D. Miedwiediew: Zapewne to pytanie mimo wszystko lepiej zadawać nie mnie, a mojemu koledze Barackowi Obamie. A mówiąc poważnie, to wydaje mi się, że tu wszystko jest absolutnie proste. Oczywiście nie planowaliśmy, że ludzie dowiedzą się o naszych rozmyślaniach, chociaż niczego supertajnego w tym nie ma. Każdy człowiek w każdej chwili ma określone warunki w jakich pracuje. I rozumiemy, że szereg decyzji - zarówno stanowisko negocjacyjne, jak i możliwości poszukiwania kompromisu - zmienia się w toku kadencji prezydenta. Tak już jest w życiu. Pan, panie Zakaria, wie o tym nie gorzej niż ja. Dlatego zapewne nie ja będę Panu rozjaśniał zakamarki amerykańskiej polityki, ale jest oczywiste, że zgodnie z wymaganiami konstytucji druga kadencja prezydenta USA jest jego ostatnią. W tym kontekście jakikolwiek prezydent USA podczas drugiej kadencji może działać bardziej twardo, bardziej zdecydowanie. To samo w zupełności dotyczy też Federacji Rosyjskiej. My co prawda nie mamy ograniczeń w ogólnej liczbie kadencji, ale są ograniczenia do dwóch kadencji pod rząd. Jest jasne, że prawidła politycznego stylu pozwalają w trakcie drugiej kadencji pewne sprawy omawiać bardziej otwarcie. Sądzę, że Barack to właśnie miał na myśli.

Jeśli mówić na temat, to jest on arcytrudny i póki co to żadnej flexibility nie obserwuję. Nie mamy lekkości w relacjach w sprawie obrony przeciwrakietowej, żadna elastyczność się nie pojawiła. Zajmujemy poprzednie stanowiska - stanowisko USA jest takie, a stanowisko Federacji Rosyjskiej, niestety, odmienne. I nie ma zbliżenia tych stanowisk. Ale obowiązuje to, co mówiłem pod koniec 2011 roku, kiedy kończyłem swoje obowiązki na stanowisku prezydenta Federacji Rosyjskiej - jesteśmy otwarci na rozmowy w sprawie obrony przeciwrakietowej. Nie chcemy, by przyszłe pokolenia polityków, gdzieś w 2019 lub 2020 roku,  podejmowały decyzje otwierające nowy rozdział wyścigu zbrojeń. A takie niebezpieczeństwo istnieje, i wszyscy, zarówno w Rosji, jak i w USA, powinni to rozumieć, w związku z czym mamy jeszcze szanse na porozumienie. Osobiście proponowałem warianty rozwiązania tego zadania. Obecnie zajmuje się tym prezydent Putin, który zgodnie z konstytucją koordynuje całość polityki zagranicznej kraju. Nasze stanowisko negocjacyjne się nie zmieniło: jest ono otwarte i moim zdaniem nawet zupełnie elastyczne. Co mianowicie proponowaliśmy? Proponowaliśmy naszym amerykańskim partnerom i europejskim partnerom tylko jedno: żeby Rosja stała się integralną częścią europejskiego systemu obrony przeciwrakietowej. Jeśli niepokoją nas jakieś rakietowe groźby ze strony jakichś innych państw, to zajmijmy się tym wspólnie. Nieważne, że Rosja nie jest członkiem NATO, ale nas też niepokoją niektóre zagrożenia istniejące w naszym sąsiedztwie, nas też niepokoi militaryzacja szeregu państw starających się rozwijać własne systemy rakietowe i ładować tam własne głowice jądrowe. Zajmijmy się tym razem! A kiedy nam się mówi: "Wiecie co, chłopcy, zajmijmy się tym jednak każdy z osobna, ale wy nam wierzcie, bo my nie jesteśmy przeciwko wam, jesteście przecież naszymi przyjaciółmi"... Lecz przecież my doskonale rozumiemy, że jeśli nie mamy gwarancji w postaci koordynacji naszych programów, to oznacza to, że ta obrona przeciwrakietowa może zadziałać też w stosunku do rosyjskiego potencjału jądrowego. Co to oznacza? To oznacza, że parytet, który ustanowiliśmy z prezydentem Obamą podpisując Traktat o ograniczeniu strategicznych zbrojeń ofensywnych (nawiasem mówiąc bardzo ważny i bardzo korzystny: uważam, że to osiągnięcie tzw. nowego otwarcia) jest tym samym łamany, gdyż obrona przeciwrakietowa stanowi bezpośrednią kontynuację ofensywnego potencjału jądrowego, bojowych środków jądrowych. Nad tym właśnie musimy się wszyscy zastanowić.

Korespondent: Proszę mi pozwolić zapytać Pana o Syrię.

D. Miedwiediew: Why not?

Korespondent: Powiedział Pan, że w tym konflikcie Rosja chce pozostać neutralna, że nie popieracie reżimu Asada. W rzeczywistości jednak armia rosyjska szkoliła armię syryjską, macie tam wieloletnie kontakty, posiadacie wpływ na syryjski rząd i jest bardzo mało państw posiadających takie same wpływy. Więc staram się zrozumieć, jeśli kontynuacja konfliktu nie jest w interesie Rosji, jeśli nie chcecie, by w nim brały udział kolejne ekstremistyczne ugrupowania jihadu, bo odbywa się to w bezpośredniej bliskości waszych granic (Dagestan, Czeczenia), to dlaczego, kierując się wyłącznie rosyjskimi interesami, nie staracie się zmusić reżim Asada, by zrozumiał, że powinni znaleźć jakiś kompromis, Asad powinien odejść?

D. Miedwiediew: Tak, to jeszcze jedna sprawa w naszych kontaktach, chociaż według mnie nie ma w naszych stanowiskach sprzeczności nie do rozwiązania. Podyskutujmy. Od samego początku Federacja Rosyjska nie była jakimś wyjątkowym sojusznikiem Syrii lub prezydenta Asada. Mieliśmy dobre relacje zarówno z jego ojcem, jak i z nim, ale on miał daleko bardziej uprzywilejowanych sojuszników pośród europejskich państw. To po pierwsze.
Po drugie. Raz w życiu byłem w Syrii, widziałem jak zorganizowane jest tam społeczeństwo. Wie Pan, w porównaniu do tego, co widziałem w innych arabskich państwach, to to był najbardziej spokojny, otwarty i cywilizowany kraj spośród tych, które widziałem. Chociaż, bezwarunkowo, było to twarde państwo, w którym zabraniano praktycznie jakiejkolwiek aktywności politycznej.
Po trzecie. Prezydent Asad pomylił się co do przeprowadzenia politycznych reform. Powinien był robić wszystko znacznie szybciej, przeciągając na swoją stronę część umiarkowanej opozycji, która była gotowa usiąść z nim przy jednym stole. To jest jego poważny błąd, możliwe, że fatalny.
I kolejna sprawa. Nigdy nie mówiliśmy, że naszym celem jest zachowanie istniejącego reżimu politycznego lub zachowanie prezydenta Asada. O tym powinien decydować naród syryjski. Naród syryjski jest narodem wielonarodowym i wielowyznaniowym. W tym kontekście przy stole negocjacyjnym powinni siedzieć wszyscy - szyici, sunnici, alawici, druzowie, chrześcijanie. Tylko wtedy możliwe będzie zorganizowanie pełnowartościowego narodowego dialogu. Gdyby kogokolwiek stamtąd wyrzucić, to wojna domowa będzie się toczyć dalej. Wojna domowa już trwa i w moim przekonaniu winą za nią należy obarczyć w równym stopniu kierownictwo kraju, jak i nieprzejednaną opozycję, którą nawiasem mówiąc reprezentują w znacznym stopniu islamscy radykałowie.

Korespondent: Dlaczego Rosja nie postara się złamać istniejący status-quo, nie weźmie na siebie roli lidera?

D. Miedwiediew: Staramy się niczego nie niszczyć. Odwrotnie, zawsze posyłaliśmy... ja sam osobiście wielokrotnie dzwoniłem do Asada i mówiłem: niech Pan przeprowadza reformy, siada do stołu rozmów. Powtórzę jeszcze raz: sądzę, że niestety kierownictwo syryjskie okazało się do tego nieprzygotowane. Z drugiej jednak strony w żadnym wypadku nie można dopuścić do sytuacji, kiedy obecną polityczną elitę zmiotą działania zbrojne. Wojna domowa trwałaby wtedy w tym kraju przez następne dziesięciolecia. My przecież rozumiemy, co może się stać. Miałem już okazję podyskutować na ten temat: czy możemy być zadowoleni z tego, co obecnie ma miejsce w Libii? Tak, nie ma tam Kaddafiego. Różny był do niego stosunek, ale ani ja, ani nikt inny z rosyjskiego kierownictwa nie zapraszaliśmy Kaddafiego od czasu do czasu na rozmowy, żeby potem tak z nim postąpić. Ale nie tyle już chodzi o jego smutny los, ile o to, że sytuacja w Libii jest nadal skrajnie napięta i nikt z nas nie może wykluczyć rozpadu tego państwa na oddzielne części. Z tym, że chociaż teraz nie ma tam wojny domowej. A w Syrii są wszystkie szanse, że będzie ona kontynuowana, z Asadem, czy bez Asada.
Dlatego zadaniem społeczności światowej, wszystkich państw - i USA, i Europejczyków, i mocarstw regionalnych, takich jak Arabia Saudyjska, Katar, innych państw - posadzić strony przy stole konferencyjnym, a nie zwyczajnie żądać, żeby Asad odszedł, a potem żeby go zabili jak Kaddafiego, albo przynosili na noszach do sali sądowej, jak wnoszą teraz Hosni Mubaraka.

Korespondent: Asad jest w stanie przeżyć?

D. Miedwiediew: Nie wiem. Wydaje mi się, że z każdym dniem, tygodniem, miesiącem szanse na jego uratowanie są coraz mniejsze. Ale powtórzę jeszcze raz: o tym powinien decydować naród syryjski. Nie Rosja, Nie Stany Zjednoczone, nie jakiś inny kraj. Najważniejsze teraz to umożliwić proces zgody narodowej. Nie powinniśmy myśleć o tym co się stanie. Na przykład, że zaraz do władzy dojdą opozycjoniści, którzy w dodatku uformowali się nie na terytorium Syrii, a za granicą. Co oni będą robić? Będą zabijać reprezentantów innych nurtów w islamie i innych wyznań, co zresztą i teraz robią. Dlatego albo będzie proces zgody narodowej, pod kontrolą światowej społeczności, albo niekończąca się wojna domowa, trzeciej możliwości nie ma.

Korespondent: Ale zgodzi się Pan ze mną, że obecna sytuacja w Syrii nie jest korzystna dla Rosji, ponieważ Syria się islamizuje, narastają nastroje ekstremistyczne? My się znajdujemy na drugim końcu świata, dla was Syria znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie.

D. Miedwiediew: Trudno się nie zgodzić, ale uważam, że ta sytuacja jest niepokojąca dla wszystkich, ponieważ reprezentanci dżihadu, radykałowie przenikają nie tylko na terytorium Federacji Rosyjskiej, jadą do Europy, starają się przeniknąć do Stanów Zjednoczonych, dlatego ta sytuacja dla wszystkich jest zła. Lecz to nie oznacza, że własnymi rękami mamy dać władzę przedstawicielom różnych radykalnych ugrupowań. To powinien być organizacyjnie skomplikowany proces obywatelski, który uspokoi ludzi. Jesteśmy gotowi w tym uczestniczyć, mówiliśmy o tym nie jeden raz. Nawiasem mówiąc, to mamy też kontakty z syryjską opozycją. Nigdy tego nie ukrywaliśmy. Tak, czy siak, to się kontaktujemy, za pośrednictwem różnego rodzaju kanałów posyłamy im sygnały, sygnały posyłamy też oczywiście prezydentowi Asadowi. Uważam, że wszyscy ponosimy dużą odpowiedzialność za to, co koniec końców stanie się na terytorium Syrii. Więc jeśli dopuścimy rozwój wypadków według katastrofalnego scenariusza, w katastroficznym kierunku, to będzie to dla nas kolosalnym błędem i ogromną próbą na dziesiątki lat naprzód. W takiej sytuacji nie będzie żadnego dialogu na Bliskim Wschodzie.

Korespondent: Ostatnie pytanie panie premierze. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz był Pan prezydentem i zadałem Panu pytanie. Powiedziałem: "Wygląda na to, że nieźle Panu poszło w Pana pracy. Jak Pan sądzi, będzie Pan kandydował na drugą kadencję?" I Pan wtedy powiedział: "Możliwe, zobaczymy". I wydawało mi się wtedy, że całkiem optymistycznie patrzy Pan na perspektywę drugiej kadencji. Jednakże prezydent Putin zdecydował się kandydować zamiast Pana. Dlaczego?

D. Miedwiediew: Dlatego, o czym mówiliśmy z panem Putinem, że dla tej siły politycznej i tego politycznego kierunku, które reprezentujemy w naszym kraju był to najbardziej podchodzący wariant, bezbłędny wariant.

Korespondent: Ale jeśli odnosił Pan sukcesy jako prezydent, to dlaczego nie kandydował Pan na drugą kadencję?

D. Miedwiediew: No więc tak, wykonaliśmy główne zadanie - zachowaliśmy sukcesję i, jak w jakiejkolwiek politycznej konkurencji, zachowaliśmy dla tej siły politycznej, którą reprezentujemy, pracę na następny okres. Naród nas poparł. Gdyby sytuacja była inna, a właśnie o tym mówiłem, kiedy rozmawiałem z Panem i z innymi kolegami, to wszystko mogło się potoczyć inaczej. Mogliśmy podjąć jakąś inną decyzję. Polityka to żywa tkanka, żywa materia, ona rozwija się co dnia. Ale na tamtą chwilę, kiedy podejmowaliśmy decyzję, to było najprostsze i prawdopodobnie najbardziej pozbawiona błędów decyzja. Jej słuszność potwierdza to, co osiągnęliśmy.
Jeśli Pan pyta o moje wrażenia, o moje ambicje, to przecież nigdy nie mówiłem, że życie kończy się, powiedzmy, w 2012 roku. Mam teraz bardzo interesującą pracę premiera. To jest poważna praca, bardzo poważna praca. I póki mam siłę, to będę się tym zajmował, będę krajowi przynosić korzyść. Wcześniej czy później będę musiał podejmować jakieś inne decyzje, kształt których powstanie oczywiście także z myśli naszych ludzi i z moich wewnętrznych wrażeń, moich pragnień. W tym kontekście oczywiście nie mogę wykluczyć ani dalszej kariery politycznej, ani czegoś innego. Ale teraz nie ma żadnego sensu o tym rozmawiać. Kiedy mnie ciągle o to pytają, dlaczego pan tak postąpił? A pan pozwoli, że to ja zadam pytanie: a co miałem zrobić, zacząć konkurować ze swoim bliskim kolegą, ze swoim towarzyszem, a w imię czego?

Korespondent: To była Pana decyzja, czy jego?

D. Miedwiediew: A wyobraża Pan sobie, żeby wewnątrz jednej siły politycznej rozpoczęła się taka bitwa? To bez sensu. To jest kontrproduktywne. W takich sytuacjach można wszystko przegrać. Uważam, że w tamtym okresie postąpiliśmy odpowiedzialnie. Chociaż oczywiście komuś tam się to nie spodobało, ktoś był rozczarowany, pewnie ktoś chciał innego rozdania, ale takie jest życie.

Korespondent: Ale wie Pan, co ludzie mówią? Ludzie mówią, że wszelkie kompetencje ma w ręku prezydent Putin, że Pan to umiarkowana figura reprezentująca rosyjski Rząd, taki prozachodni człowiek, jednakże realna władza, realne kompetencje posiada wszystkie Putin.

D. Miedwiediew: To są wszystko dziwne rozmowy. Po pierwsze. U nas szefem państwa i posiadaczem pełni władzy jest prezydent, tak samo jak w USA. I w jego rękach znajduje się cały arsenał środków politycznych. Kiedy ja byłem prezydentem - może ktoś w to wierzy, a może odnosi się sceptycznie - to dokładnie taki sam arsenał środków politycznych był w moich rękach. Ale to przecież nie oznacza, że miałem go wykorzystywać wbrew własnym przemyśleniom.
Teraz prezydentem jest Władimir Putin, to jest mój towarzysz i kolega. I pełnia odpowiedzialności prawnej za losy kraju skoncentrowana jest w ręku prezydenta, jak i w innych państwach. Premier to też odpowiedzialna praca. Tutaj nie ma pełnej analogi z USA, to nie do końca taki wiceprezydent, ale co do zakresu kompetencji to premier to jest więcej niż wiceprezydent. Właśnie dlatego, że zgodnie z konstytucją to jest szef władzy wykonawczej, który zajmuje się całą gospodarką, całą sferą socjalną, sprawami humanitarnymi i ogromną liczbą innych spraw. I chcę Panu powiedzieć, że mam co robić. Każdego dnia podpisuję setki dokumentów, za które odpowiadam tylko ja i nikt inny. Nigdy nie będę mógł powiedzieć, że prezydent kazał, czy kto inny powiedział, w tym sensie szef rządu to jest absolutnie interesujące i wystarczające stanowisko. No a przyszłość - tego nikt nie wie. Pożyjemy - zobaczymy.

Korespondent: Panie premierze, bardzo dziękuję za wywiad.

D. Miedwiediew: Thank you.

niedziela, 20 stycznia 2013

Brak lekarzy w Rosji i skojarzenia Norszteina z Magnitskim i Putinem

Źródło: http://echo.msk.ru/news/993932-echo.html

Znany w Rosji animator Jurij Norsztein, występując 19 stycznia 2013 r. na ceremonii wręczenia nagród imienia Władimira Wysockiego "Swoja koleja", przed wręczeniem nagrody dla rosyjskiej artystki Jeleny Kamburowej powiedział: "Drodzy Przyjaciele! Zanim zaczniemy składać hołd Jelenie Kamburowej, chciałbym powiedzieć następującą rzecz. Słyszałem dzisiaj, i wszyscy słyszeliście słowa doktora Roszala o tym, że w kraju brak jest 120000 lekarzy. Jakoś to od razu w swojej głowie animatora skojarzyłem z tym, jak Putin powiedział, że Magnitski zmarł z powodu niewydolności serca. Ja myślę, że on zmarł na niewydolność serca i Putina...." dalej sala zagłuszyła brawami wystąpienie rosyjskiego reżysera filmów rysunkowych.

sobota, 12 stycznia 2013

Kolejny wielki PR w Rosji?

Źródło: http://blindnatasha.livejournal.com/17747.html

List niewidomej uczennicy 10 klasy Nataszy Pisarenko do prezydenta FR zostanie wzięty pod uwagę, stwierdził rzecznik Putina Pieskow.
"Panie Prezydencie! Proszę nas zadziwić jeszcze jednym pańskim mądrym wybrykiem: niech Pan adoptuje pięcioro, dziesięcioro opuszczonych i z ciężkimi wrodzonymi chorobami dzieci, a my weźmiemy z Pana przykład."

środa, 9 stycznia 2013

Gerard Depardieu będzie teraz regularnie śpiewać hosanna rosyjskiej demokracji

Źródło: http://www.kommersant.ru/doc/2101677
Autor: Konstantin Eggert

Historia Gerarda Depardieu wniosła do sezonu świąteczno-noworocznego blask absurdu, godnego najlepszych dzieł Daniiła Charmsa lub pamiętników Ilii Ilfa.

Wszystko, co prasa francuska napisała o Depardieu okazało się absolutną prawdą. Na ekranie może być Dantonem, Napoleonem, a nawet wspaniałomyślnym Cyrano de Bergerac. W codziennym życiu nasz nowy współobywatel jest niewykształconym, chciwym i cwanym plebejuszem, który entuzjastycznie handluje reputacją i nie stroni od prymitywnych kłamstw.
Obwieścić najpierw na cały świat, że rezygnuje z ojczystego dowodu tożsamości, potem zebrać plon w postaci zaproszeń do różnych krajów, w których życie bez udziału wybitnych cudzoziemców uważa się za niepełne, a następnie otrzymać drugi dowód, wypić wódki, zakąsić blinami i potem odlecieć do Zurychu, żeby powiedzieć, że tak naprawdę z niczego nie rezygnował. To jest wyższa szkoła jazdy w dziedzinie robienia z ludzi balona!
Czy warto się dziwić, że Depardieu jest gotów reklamować Kadyrowa, Karimowa, Alijewa? On nawet tego północnokoreańskiego Kim Dzong Una i Baszira Asada będzie gloryfikował, jeśli dobrze go przyjmą, naleją szklaneczkę i wypiszą czek z potrzebną liczbą zer.
Nie mam zielonego pojęcia, po co ten człowiek jest Rosji potrzebny. Lecz najwidoczniej na Kremlu od początku stwierdzili, że przyznanie Depardieu rosyjskiego obywatelstwa będzie udaną akcją reklamową.
W jakimś sensie jest to rzeczywiście sukces. Starzejące się bożyszcze filmu odegra w międzynarodowej kulturze tę samą rolę, jaką były niemiecki kanclerz, a obecnie nominalny szef projektu Nord Stream Gerhard Schroeder, gra w międzynarodowej gospodarce. Będzie teraz regularnie śpiewać hosanna rosyjskiej demokracji, która niesłychanymi kolorami rozkwitła przy Putinie.
Jest jednak jedno "ale": Depardieu stwierdził, że nie zrezygnował z pomysłu zwrócenia się o obywatelstwo belgijskie. Tylko patrzeć, jak staruszek Gerard przypomni sobie o zaproszeniu z Podgoricy. A czemu by do kolekcji nie włączyć jeszcze dowodu z czarnogórskim orłem?
Okazuje się, że dla Depardieu rosyjski dowód (który żeby zgodnie z prawem otrzymać należy zrezygnować z poprzedniego obywatelstwa) jest tylko jeszcze jednym korzystnym papierkiem w niezrozumiałym języku. Przyda się, jeśli na przykład trzeba będzie uciekać przed francuskim sądem. Gwieździe ekranu grożą bowiem dwa lata więzienia za prowadzenie po pijaku. A póki co będzie sobie leżeć w szufladzie jego biurka. O tej farsie szybko zapomną. Ale swąd zostaje.

środa, 26 grudnia 2012

Barack Obama - najbardziej prokremlowski prezydent USA od czasów Roosevelta

Źródło: http://www.kommersant.ru/doc/2098374
Autor: Konstantin Eggert

Administracja prezydenta USA zareagowała na petycje wzywające do zastosowania Ustawy Magnitskiego wobec posłów Dumy i Władimira Putina. Biały Dom wyraził ubolewanie z powodu ostatnich działań rosyjskich ustawodawców i ogłosił, że śłedzi za rozwojem wypadków. To nie dziwi Konstantina Eggerta, dziennikarza Kommersant.

To, że Biały Dom nie podejmie żadnych kroków wobec Władimira Putina było jasne od samego początku. Z szefami państw postępuje się w ten sposób niezwykle rzadko i z innych powodów. Z parlamentarzystami sprawa wygląda inaczej. Teoretycznie najbardziej diabelscy z nich, jak Swietłana Goriaczewa, mieli by szanse znaleźć się na "czarnej liście". Jednak Barack Obama i jego team nie życzą sobie żadnych skandali i konfliktów z Rosją.

Przypomnijcie sobie chociażby kopniaka, jakiego we wrześniu dostała amerykańska rządowa Agencja do spraw Międzynarodowego Rozwoju (US AID). Rosyjskie władze dosłownie wywaliły ją wtedy z kraju. Agencję oskarżono o mieszanie się do rosyjskiej polityki, bo pomagała organizacjom pozarządowym w rodzaju Stowarzyszenia "Gołos". Wtedy też Departament Stanu wyraził coś w rodzaju ubolewania i zostawił swoich byłych już rosyjskich partnerów na pastwę losu.

To, co dzieje się wewnątrz Rosji zacznie interesować Biały Dom w trzech przypadkach. Jeśli zacznie powstawać GUŁAG, co, proszę się zgodzić, jest nieprawdopodobne; jeśli Kreml zacznie wobec USA prowadzić politykę z pozycji siły, co jest jeszcze mniej prawdopodobne, lub jeśli w Rosji zapanuje pełnowartościowa demokracja i to już, jak mówiło się w starym dowcipie, jest literatura science fiction z czwartego piętra naszej biblioteki.

Obama od Putina potrzebuje w zasadzie tylko dwie rzeczy: żeby niezbyt silnie przeszkadzał USA na arenie międzynarodowej i żeby podpisał z amerykańskim prezydentem kolejny Traktat o redukcji zbrojeń strategicznych START-4.

Obama pożąda rozbrojenia w sposób charakterystyczny dla wszystkich amerykańskich lewicowców. Ponadto głupio mu jest za pokojową nagrodę Nobla, którą mu na wyrost wręczono w dziewiątym miesiącu prezydentury. Jako człowiek sumienny ma nadzieję, że mimo wszystko kiedyś na nią zasłuży. Putin go w tym obowiązkowo wspomoże. A czemu nie miałby pomóc najbardziej prokremlowskiemu prezydentowi USA od czasów innego demokraty - Franklina Roosevelta? Jest co prawda jedna różnica: Rooseveltowi Stalin po prostu robił wodę z mózgu. Jawnie grał na nosie jego doradcom w rodzaju Harry Hopkinsa.
Putin niczego podobnego z Obamą nie wyczynia. Po prostu, dwaj chłodni przewidywalni pragmatycy zawsze się dogadają. A swoje petycje to sobie wydrukujcie na papierze i... Nie, nie to, o czym pomyśleliście. Oprawcie je w ramki i powieście sobie na ścianie jako przypomnienie "miodowego miesiąca" między Białym Domem i Kremlem.

wtorek, 18 grudnia 2012

Rosyjskie sieroty - ofiary koktajlu z korupcji i kryjącej ją wielkomocarstwowej retoryki

Źródło: http://kommersant.ru/doc/2092768
Autor: Konstantin Eggert

Poprawka, zabraniająca adopcji rosyjskich sierot przez obywateli USA, może zostać przyjęta w ciągu najbliższych dni i zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2013 r. Konstantin Eggert, dziennikarz Kommersant FM uważa, że rosyjski parlament już dawno nie zajmował się bardziej podłym dokumentem.

Rosyjski parlament odpowiedział na "Ustawę Magnitskiego". Kiedy okazało się, że finansowe i wizowe sankcje wobec amerykańskich urzędników państwowych to groteska, powód do żartów blogerów, nasza Duma wymyśliła coś, co w ogóle znajduje się poza pojęciem dobra i zła. Chociaż tak naprawdę to co ma z tym wspólnego Duma? Marionetki z ulicy Ochotnyj Riad (siedziba Dumy Państwowej - przypis RK) nie idą nawet na obiad bez pozwolenia ze Starego Placu (siedziba Administracji Prezydenta FR - przypis RK). Tak więc cała odpowiedzialność za ewentualne przyjęcie i podpisanie nowej ustawy spadnie na Kreml i prezydenta Władimira Putina, niezależnie od tego jak to formalnie wygląda.
Nawiasem mówiąc będzie to także kolejne podeptanie osiągnięcia byłego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa. Przecież uważa się, że jednym z osiągnięć jego 4-letniego urzędowania było właśnie uregulowanie kwestii adopcji rosyjskich sierot i inwalidów przez Amerykanów. Większość z tych dzieci otrzymuje w Ameryce i Unii Europejskiej to, czego nie może otrzymać od rodzimego państwa i, bądźmy szczerzy, od naszego egoistycznego, podzielonego społeczeństwa.
Pomyślcie: za śmierć audytora Magnitskiego, zabitego faktycznie przez rosyjską służbę więzienną, nie odpowiedzą skorumpowani oficerowie operacyjni i złodziejscy inspektorzy podatkowi, nie odpowiedzą utytłani w brudzie śledczy i profesjonalnie niewidomi i głuchoniemi prokuratorzy. Za śmierć Siergieja zapłacą dziesiątki, jeśli nie setki rzeczywiście niewidomych i głuchoniemych dzieci, maluchy z syndromem Downa lub chorobą Heinego-Medina, niestabilne psychicznie lub okaleczone.
Podłość jest tym większa, że dwie czy trzy tragiczne historie adoptowanych przez Amerykanów młodych Rosjan przedstawia się naszemu nic nie wiedzącemu i niczego o otaczającym świecie nie chcącemu wiedzieć społeczeństwu jako powszechne zjawisko. "Przeklęte amerykańce biorą nasze dzieci, żeby się nad nimi znęcać!", drą się służalcze tuby z ekranów państwowej telewizji.
Ta hańba ma już swoje nazwiska: posłanki Jekatierina Lachowa z "Jednej Rosji" i Jelena Afanasjewa z partii Żyrinowskiego. Hańbą okryją się również ci wszyscy, którzy zagłosują za tą poprawką. Zresztą, parlamentarzyści Dumy są do tego przyzwyczajeni. W ciągu tego roku parlament albo sprzyja represjom państwa wobec obywateli, albo generuje absurdalne prawo w stylu Kafki. Właściwie to jedno często przechodzi w drugie.
Jednakże decyzja o użyciu samotnych i chorych dzieci jako monety przetargowej w brudnych politycznych rozliczeniach nie mieści się po prostu w głowie. Obrzydliwy koktajl z wszechogarniającej korupcji i kryjącej ją wielkomocarstwowej retoryki jest śmiertelny dla kraju, kaleczy konkretne życie w konkretnych warunkach. Teraz jego ofiarami staną się rosyjskie sieroty.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rekord w rosyjskim eksporcie broni

Źródło: http://ria.ru/defense_safety/20121217/915074846.html

Na dzisiejszym posiedzeniu Komitetu ds. Współpracy Wojskowo-Technicznej prezydent Rosji Władimir Putin poinformował, że "w bieżącym roku osiągnęliśmy rekordowy poziom eksportowych dostaw produkcji wojskowej. Przekroczyliśmy poziom 14 mld $, co oznacza także przekroczenie planu na ten rok."
Dla porównania w 2011 roku Rosja wyeksportowała broni i pozostałej techniki wojskowej na kwotę 13,2 mld $. Plan Federalnej Służby Współpracy Wojskowo-Technicznej na ten rok przewidywał dostawy na kwotę 13,5 mld USD.
Putin poinformował także, że portfel zamówień w tym roku zamknął się kwotą 15 mld $.
Ponadto poinformował, że w skład Komitetu ds. Współpracy Wojskowo-Technicznej dokooptowano ministra obrony Siergieja Szojgu.

niedziela, 16 grudnia 2012

Ślad polonu prowadzi na Kreml - sprawa Litwinienki w prasie zagranicznej

Źródło: http://www.inopressa.ru/article/14Dec2012/inotheme/litvinenko_14.html

W trakcie wstępnych przesłuchań przed sądem koronerskim Londynu okazało się, że kiedy Litwinienko został otruty był on w tym czasie współpracownikiem MI-6 i hiszpańskiej specsłużby CNI oraz, że brytyjski rząd dysponuje dowodami udziału Rosji w jego śmierci. To jest "nowa wojna dyplomatyczna", piszą środki masowego przekazu. Kreml po raz pierwszy dał do zrozumienia, że pragnie otrzymać status "zainteresowanej strony" podczas planowanego dochodzenia.
Im więcej pojawia się szczegółów otrucia Litwinienki, tym bardziej ta sprawa staje się niejasna i nieczysta, pisze w artykule redakcyjnym The Times. Sąd koronerski stwierdził, że "sądząc na podstawie dowodów, jakimi dysponuje brytyjski rząd, odpowiedzialność za zabójstwo Litwinienki spoczywa na rządzie Rosji."
Oprócz tego okazało się, że w momencie otrucia Litwinienko pracował dla MI-6, a wywiad brytyjski polecił mu pomagać hiszpańskiej prokuraturze w dochodzeniu o działalności rosyjskiej mafii. Zarówno brytyjski, jak i hiszpański wywiad dokonywał przelewów na wspólny rachunek bankowy Litwinienki i jego żony, pisze The Times.
Pojawia się nowa wersja: "Co jeśli państwo  rosyjskie zabiło Litwinienkę wtedy, kiedy okazało się, że płaci mu brytyjski wywiad?"
Gazeta uważa jednak, że nie powinno się dopuścić do pogorszenia i tak już złych stosunków brytyjsko-rosyjskich. Gazeta kreśli mroczny obraz: "przestępcza działalność rosyjskiej mafii to "ból głowy" dla specsłużb w całej Europie, lecz w szczególności dla brytyjskich." Wielka Brytania i Rosja nie są zainteresowane, by konflikt z powodu Litwinienki zaszkodził ich wspólnej walce z praniem brudnych pieniędzy, przemytem narkotyków, islamskim terroryzmem, cyberprzestępstwami i "spiskami w celu zabójstwa", pisze The Times.
Z kolei The Daily Mail zauważa, że "do tej pory Rosjanie trzymali się z daleka od tego śledztwa, ale wczoraj Kreml dał do zrozumienia, że pragnie otrzymać status "zainteresowanej strony" w planowanym na przyszły rok procesie, dając swojemu adwokatowi możliwość prezentowania wniosków i stawiania świadków w "krzyżowym ogniu" pytań.
Hiszpańska gazeta El Pais przytacza opublikowane w prasie brytyjskiej oświadczenie Bena Emmersona, adwokata wdowy Mariny Litwinienko, że hiszpańska specsłużba Centro Nacional de Inteligencia (CNI) korzystała z usług Litwinienki w śledztwie w sprawie możliwych związków rosyjskiej mafii z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. 
Wg gazety na 6 miesięcy przed śmiercią Litwinienko "skontaktował się z hiszpańskimi policjantami, by wyjaśnić im rolę niektórych rosyjskich biznesmenów, związanych z rosyjską mafią. Mówił o znaczeniu niektórych szefów mafii i charakterze ich możliwych stosunków z "wysokimi instancjami państwa rosyjskiego." (...) Głównymi podejrzanymi są Andriej Ługowoj i Dmitrij Kowtun.
Gazeta przypomina także informacje znajdujące się w depeszach Departamentu Stanu USA, opublikowanych przez WikiLeaks. W 2008 roku hiszpański prokurator Jose Grinda Gonzalez na spotkaniu z amerykańskimi ekspertami nazwał "Białoruś, Czechy i Rosję prawdziwymi mafijnymi państwami". Zgodnie z danymi WikiLeaks Grinda powołał się na "tezę" Litwinienki, że FSB, SWZ (Służba Wywiadu Zagranicznego) i GRU kontrolują przestępcze grupy. Grinda zgodził się z tą tezą i stwierdził, że FSB "absorbuje" rosyjską mafię.
Corriere della Sera pisze, że Litwinienko był potrójnym agentem, pracującym dla Moskwy, Londynu i Madrytu. 43-letni analityk, były współpracownik FSB, przekazywał Brytyjczykom informacje o kolonii rosyjskich oligarchów w Londynie, stworzonej przez nich we współpracy z Kremlem sieci finansowych i politycznych powiązań. Madryt otrzymywał od Litwinienki informacje o inwestycjach rosyjskich klanów mafijnych w Europie, piszą autorzy artykułu.

Rozpoczęcie oficjalnego procesu planowane jest na 1 maja 2013 roku.

Litwinienko zmarł w 2006 roku z powodu otrucia radioaktywnym polonem 210 w jakiś czas po spotkaniu z innym agentem kontrwywiadu Rosji Andriejem Ługowojem zasiadającym obecnie w Dumie Państwowej i korzystającym z immunitetu. O udziale Ługowoja, a także przedsiębiorcy Dmitrija Kowtuna, w tej sprawie brytyjscy śledczy zaczęli mówić jeszcze w 2006 roku po odkryciu śladów polonu na lotnisku w Hamburgu, gdzie obaj zaprzeczający swojemu udziałowi Rosjanie mieli przesiadkę.
Sam Litwinienko przed śmiercią wyraźnie stwierdził, że został otruty na polecenie Władimira Putina.